Tag: felieton Jakuba Ćwieka

  • „Samotność w sieci dwa zero”, lutowy felieton Jakuba Ćwieka

    Nigdy nie byłem fanem książki, do której tytułu pozwoliłem sobie nawiązać, ale teraz jak nigdy wcześniej mam wrażenie, że jej przekaz jest mi bliski.

    Kiedy w 2005 roku rozpoczynałem swoją przygodę pisarską – jako początek tej konkretnie przygody celowo wskazuję rok debiutu, nie napisania pierwszych tekstów – byłem już mocno zaangażowanym środowiskowo fanem fantastyki. Regularnie jeździłem na konwenty, gdy była okazja wygłaszałem prelekcje albo organizowałem konkursy i ogólnie robiłem tyle, ile się dało, by się środowisku przysłużyć. Bo, to myślę ważne, traktowałem te wydarzenia jako coś, co fani robią dla fanów. Trochę jak – pozwolę sobie użyć porównania mego przyjaciela, Piotra W. Cholewy – składkowe ognisko, gdzie każdy się dorzuca, a i tak przynosi, co może. Jeden kiełbasę, drugi gitarę, śpiewnik i masę zapału…

    Gdy zadebiutowałem książkowo, nie zmieniłem podejścia. Wciąż najważniejsze było dla mnie spotkanie z fanami, rozmawianie z nimi, spędzanie czasu. Jedyna różnica była taka, że część spośród tych fanów była już nie tylko fanami fantastyki ogólnie, ale także moimi i moich książek. To była nowa sytuacja, w której musiałem się odnaleźć.

    Czy mi się udało, czy nie, to temat na osobne rozważania. Ważne jest jednak, żeby podkreślić, że od 2005 roku do 2011 odbyłem kilkaset spotkań autorskich, średnio pięćdziesiąt na rok, a rekordowo prawie dwa razy więcej. I jeżdżąc tak od Przemyśla po Szczecin i od Olsztyna po Kłodzko nieustannie powtarzałem, że to najlepsza część mojej pracy. Ten nieustanny kontakt z ludźmi, możliwość porozmawiania z nimi, napicia się piwa. Chciałem kontaktu z czytelnikami nie dlatego, że podbudowywało to moje ego – chociaż, nie ukrywajmy, to też miało znaczenie – ale przede wszystkim dlatego, że lubię rozmawiać z ludźmi. Lubię ich słuchać, spierać się z nimi i zgadzać. Inspirować ich i dać im się zainspirować. Dość powiedzieć, że wielu moich fantastycznych przyjaciół, nauczycieli różnych dziedzin życia poznałem dzięki temu, że czytali moje książki!

    Ktoś może zapytać, skąd taki, a nie inny czasowy przedział w zdaniach powyżej. Dlaczego wspominam o 2011 roku? Otóż wtedy właśnie, o ile pamięć mnie nie myli, powstał mój fanpage na Facebooku.

    Byłem jednym z pierwszych autorów, którzy się na to zdecydowali. Współpracowałem akurat z pewną agencją Social Mediową, budując dla niej komunikację dla kilku dużych marek i byłem pod wrażeniem tego, co działo się wokół mnie. To były początki tej branży w Polsce, wiele zasad się dopiero kształtowało, ale powietrze aż iskrzyło potencjałem. Dla mnie, człowieka, który w jednej chwili był na Facebooku Królem Sobieskim i uczył, jak nie przeklinać na fanpage’u wódki, innym razem cwaniackim podrywaczem rodem ze starych reklam dezodorantów AXE, a wreszcie troskliwym wsparciem dla matek w ramach Mothercare, najważniejsze było jednak to, że ludzie chcą w sieci rozmawiać. I to rozmawiać inaczej niż na hermetycznych forach, na których muszą się logować, zapisywać i regularnie sprawdzać, co się dzieje. Tu pojawiałeś się, lubiłeś i komentowałeś. Buńczuczne hasła, że oto Internet dorobi się wreszcie komunikacji dwukierunkowej pełną gębą zdawały się działać.

    www.unsplash.com/Glen Carrie

    Nie będę krył, czułem się wielki, gdy mój fanpage przekraczał kolejne granice polubień. Gdy mój prywatny Facebook, na który przyjmowałem każdego dorobił się najpierw tysiąca, potem dwóch, wreszcie prawie pięciu tysięcy znajomych. Każdy mój wpis był, tak czułem, wypowiedzią z wysokiej katedry. Był przemówieniem, ale i spotkaniem autorskim w wersji online. Opcją dla moich czytelników zderzenia się ze mną we własnym domu. A potem przyszły rozczarowania.

    Pierwszym było spostrzeżenie, że ludziom nie chce się czytać. Wyrywane z kontekstu hasła, słowa klucze – prawdziwe lub nie – stanowią podstawę do dziesiątek komentarzy nie na temat. Chęć podzielenia się myślą nie wywołuje dyskusji, a jedynie kilka, kilkanaście, kilkadziesiąt wzniesionych w górę kciuków. Wiem, jak utrzymać czytelniczą uwagę na spotkaniu autorskim, ale tu, w sieci, czuję się w tym względzie całkowicie bezradny. Trochę jak różnica między kinem, a Netfliksem, którego możesz zapauzować na siku, na odebranie telefonu czy cokolwiek innego. Korzyść czy strata?

    Drugie spostrzeżenie jest takie, że w sieci nie widzisz, kiedy odchodzi wzajemna fascynacja. Mam obecnie przeszło trzynaście tysięcy fanów w ramach mojego fanpage’a. I nie ma znaczenia czy to dużo, czy mało. Liczy się bardziej to, że ogrom tych ludzi zalajkował Jakuba Ćwieka, pyzatego typka, który zapylał z konwentu na konwent i obiecał, że domknie rozpoczętą i lubianą serię książek fantasy. Rzecz w tym, że to już dawno nie ja i już nam się z wieloma z tych wczesnych fanów drogi rozeszły. Im zmieniły się gusta, mnie pisarskie ambicje, a lajki na stronie wiszą. Jesteśmy jak stare małżeństwo, które już się nie kocha, może nawet nie lubi, ale też sobie nie wadzi. A że mieszkanie duże, można się mijać.

    Widać to szczególnie, gdy wrzucam jakiś post i promuję go na fanów strony. Jednocześnie z dużym odzewem na sam wpis pojawia się spory odpływ ludzi z fanpage’a. I oczyma wyobraźni widzę tego typka czy koleżankę, któremu wyskakuje nagle mój wpis, a on czy ona patrzą na niego zdziwieni: To ja go jeszcze w ogóle lubię? Ilu wtedy odkliknie, a ilu oleje, bo w końcu nie wyskakuję im aż tak często?

    Wspomniałem o targetowaniu. Nie żebym miał przeciwko, że Facebook chce na mnie zarabiać – w końcu w idealnym świecie ja też czerpię ze współpracy z nim korzyść – ale chyba nie umiem się odnaleźć w świecie, w którym płacę za to, że ktoś pomaga mi się narzucać ludziom. Widzę jednak różnicę między chęcią zbudowania więzi między czytelnikiem a autorem, relacji dwustronnej opartej na częstych rozmowach w sieci, a bezpośrednim przekazem reklamowym. Gdy umieszczam grafikę z zapowiedzią nowej książki czy spotkania, to płacąc za to, nie czuję się dziwnie. Ale gdy piszę tekst, w którym dzielę się jakimś przemyśleniem, odkryciem, mam z tym problem, którego nigdy nie miałem na autorskim.

    www.unsplash.com/Marc Schäfer

    Wiem, brzmię trochę jak zgorzkniały typ gadający truizmy. Rzecz jednak w tym, że z jednej strony czuję tę presję istnienia w świadomości społecznej, w social mediach, o której pisał tu kiedyś Wojtek Chmielarz. Z drugiej mam poczucie, że ulegając przystępności nowej formy komunikacji z odbiorcami, krok po kroku szedłem przez te lata na coraz mniej korzystne kompromisy. Najpierw skrócenie tekstów i złagodzenie ich przekazów – bo kto chce nieustannie wychodzić na pieniacza? Następnie pójście w zdjęcia kosztem tekstu. W filmiki kosztem notatek. W szybkie, znikające zaraz Instastory. Mówiąc krótko, obecne Social Media chcą, żebym wyrażał się krótko, szybko i możliwie za pomocą obrazka, a dodatkowo wynajmował specjalistów, którzy skutecznym nagabywaniem ściągną mi więcej ludzi, którzy sami z siebie raczej by do mnie nie przyszli.

    Nie zrozumcie mnie źle. Nie chcę znikać z social mediów, nie o to chodzi. Po prostu nie wiem czy jest w nich miejsce dla pisarza czy w ogóle gawędziarza, który tym właśnie chciałby pozostać. I choć bawi mnie wrzucenie takiej czy innej fotki na Insta, nie wiem czy chciałbym być człowiekiem pozą, chodzącym bon-motem. Czy naprawdę chcę, jak to już parę razy robiłem w przeszłości, zabiegać o uwagę sztuczkami, jakie wyniosłem z agencyjnych czasów?

    Wiem natomiast jedno i z tym zamierzam coś wkrótce zrobić. Z przeszło trzynastu tysięcy ludzi na moim FP spora część musiałaby się dziś pewnie zastanowić, kim jestem. I to w zasadzie jedyne, co nas w tym momencie łączy. Czas to zmienić.

    Jakub Ćwiek

  • „Nowy, wspaniały świat (targowy)”. Listopadowy felieton Jakuba Ćwieka

    Od krakowskich targów minęła chwila, a to oznacza, że na blogach, serwisach internetowych, a także – jak mniemam, nie śledziłem aż tak uważnie – w prasie czy telewizji pojawiły się na ich temat czy to teksty podsumowujące, czy chociaż wzmianki. Większość tych, na które trafiłem, była niemal identyczna jak wpisy po poprzedniej edycji, a także jak po edycji rok wcześniej i jeszcze wcześniej. No bo niby i czemu, mógłby ktoś zapytać, miałoby być inaczej, skoro impreza sama w sobie niewiele się zmienia?


    Powód widzę w zasadzie jeden, a mianowicie wspomniany już na tych łamach list otwarty do organizatorów Targów podnoszący kwestię komfortu i bezpieczeństwa tak uczestników, jak i gości wydarzenia. Zwrócono w nim uwagę na kilka głównych targowych bolączek jak chociażby kwestia zakorkowanej drogi dojazdowej, zwłaszcza tej na ostatnim kilkusetmetrowym odcinku, na ciasne przejścia między stoiskami, na spotkania z celebrytami, które, odbywając się w halach głównych, w zasadzie paraliżują Targi. Wiele kwestii okołotargowych zostało podniesionych tak w liście, jak i w szeregu wpisów go popierających i, sądząc po sieciowych reakcjach na nie, były to bolączki prawdziwej rzeszy polskich czytelników, bywalców Targów.

    Międzynarodowe Targi Książki w Krakowie, materiały prasowe


    Organizatorzy, trzeba przyznać, odnieśli się do zarzutów i zrobili to względnie rzeczowo. Piszę „względnie”, ponieważ nie mogło zabraknąć w odpowiedzi żalu odnośnie do formy publikacji listu. Żalu wskazującego wyraźnie, że coraz częściej zapominamy, czym jest list otwarty i czemu ma służyć. Pomijając jednak ten niezręczny i trochę niedojrzały – a na pewno nieprofesjonalny – wyrzut, odpowiedź zawierała szereg wyjaśnień, ale i zapewnień i gwarancji, że tym razem będzie lepiej. 


    Nie będę tu budował zbędnego suspensu. Było lepiej. Niewiele, ale jak nawołują do nas plakaty siłowni: progres, nieważne jak mały, świadczy o tym, że zrobiono krok w dobrym kierunku. Droga dojazdowa do targów już nie przerażała. Policjantów i strażników miejskich kierujących ruchem było jakby więcej, a przynajmniej byli bardziej zauważalni. Spotkania z gwiazdami przyciągającymi największą uwagę przeniesiono do specjalnych sal i choć w formie, w jakiej to zrobiono, nie rozwiązało to do końca problemu, a wiele technicznych detali kulało – na przykład wyjątkowo niedbałe przekierowywanie ruchu na inne przejścia, gdy to między salami z celebrytami ni stąd ni zowąd je zamykano – na pewno wskazywało to wyraźnie, że ktoś posłuchał. Kwestii ciasnoty, zagęszczenia stoisk, etc., póki co nie rozwiązano, ścisk nadal przytłacza, a brak wyraźnych wskazań dróg ewakuacyjnych niepokoi, ale jest to zasygnalizowane, według reakcji na list przyjęte do wiadomości i jest szansa, że następna edycja poprawi coś i w tym względzie. 


    To z rzeczy dobrych, które na pewno trzeba zauważyć. Teraz natomiast przejdźmy do tego, co Targi zrobiły w sposób fatalny i wręcz bezczelny – sposobu, w jaki spróbowano rozwiązać PRowy kryzys z pisarzami. Pozwolę sobie opisać sytuację swoją, ponieważ ją znam w dokładnych szczegółach, ale na ile zdążyłem się zorientować, dotyczy ona wielu autorów, którzy publicznie wyrazili swoje zaniepokojenie czy to w liście otwartym bezpośrednio, czy wyrażając swoje dla niego poparcie. 

    Międzynarodowe Targi Książki w Krakowie, materiały prasowe


    Książki podpisywałem w sobotę i to był mój pierwszy dzień na tegorocznych krakowskich Targach. Rozmawiając z czytelnikami, kątem oka zauważyłem wtedy pracownika biura targów, który wyraźnie na mnie czekał. I faktycznie, gdy skończyłem, podszedł do mnie i uprzejmie zapytał, czy zgodzę się na krótką rozmowę na temat Targów. Powiedziałem, że owszem, chętnie, ale lojalnie ostrzegłem, że na terenie dopiero się pojawiłem i ciężko mi cokolwiek ocenić. Panu to jednak nie przeszkadzało, poprosił mnie o zgodę na nagrywanie i wykorzystanie nagrania, na co przystałem. I wtedy zaczęła się dość kuriozalna rozmowa. 


    Sprowadzała się do tego, że dostawałem kolejne pytania związane z Targami, które dość jasno sugerowały mi odpowiedzi. Pierwsze z nich dotyczyło dostrzeżonych zmian, poprawy sytuacji etc. Ostatnie tego, czy chcę nadal przyjeżdżać na Targi, czy wyobrażam sobie krajobraz polskiego rynku książki bez tak ważnej imprezy.
    Na pytania odpowiadałem szczerze i otwarcie, mówiąc o plusach, ale i minusach, o niebezpieczeństwach i o tym, że jako człowiek przez lata związany z Górnym Śląskiem, wciąż pamiętam skutki katowickich zaniedbań i tragedii z tym związanej. Pan podziękował mi za rozmowę, a zapytany, do czego to jest potrzebne, powiedział, że zbierają opinie na temat targów, zwłaszcza od autorów, którzy wyrazili swoje wątpliwości. Zgoda na wykorzystanie nagrania jest natomiast potrzebna do podsumowania skierowanego później do mediów.


    Jak się okazało, Pan – a może nie tylko on – rozmawiał później nie tylko z autorami, ale i z pracownikami stoisk, etc. Sądząc po tym, jak się uwijał, dostał spory materiał do potencjalnej analizy.
    Czy skorzystał? Czy skorzystali mocodawcy rzeczonego Pana? Trudno mi orzec, ale na pewno nie wynika to z komunikatu, jaki podsumowywał Targi. Ani z żadnego innego opublikowanego przez organizatora dokumentu. Wręcz przeciwnie, w komunikacie widać dwa cytaty, dwie odpowiedzi, w których wybrzmiewają zadawane wszystkim pytania. Dwa bardzo duże nazwiska, dwie osoby mające prawo do własnego zdania, to jasne. Zaskakująco jednak obie wypowiedzi to bezkrytyczna pochwała Targów. To obraz wydarzenia idealnego. 


    Nieomal słyszę w tle Muńka Staszczyka śpiewającego teraz: Jest super, jest super, więc o co ci chodzi?
    Uważam, że absolutnie obrzydliwą i niedopuszczalną praktyką jest ta podjęta przez Organizatora, wynikiem której zdobywa on szczere wypowiedzi ludzi – szczere, mimo formy w jakiej zadawano pytania – tylko po to, by potem wybrać sobie takie, które najbardziej pasują pod gotową tezę. Można spokojnie odnieść wrażenie, że komunikat był gotowy zawczasu, z pokaźnej bazy cytatów dwa wpisały się idealnie i poszły, a reszta? Nie ma znaczenia. Kryzys nie istnieje, wszystko jest załatwione! Spacyfikowaliśmy list, pokazaliśmy, że jesteśmy najlepsi, a to wszystko wybierając spośród pisarzy tych, którzy nam pasują i mówią – podkreślam, wierzę, że całkowicie zgodnie z własnymi odczuciami – dokładnie tak, jak chcemy i jak nam pasuje.

    Międzynarodowe Targi Książki w Krakowie, materiały prasowe

    A może się mylę? Może po prostu kuluarowe rozmowy z autorami wywiadowanymi nijak się mają do odpowiedzi, jakich udzielili do mikrofonu? Może w rzeczywistości wszystkie wypowiedzi mówiły, że jest super i po prostu wybrano dwie najlepsze, najkonkretniejsze? Może wszyscy pisarze faktycznie mówią jednym głosem?


    Myślę, że rozwiązanie tej zagadki jest w naszym zasięgu. Może czas poprosić, by organizatorzy Targów pokazali, czy rozumieją różnicę między uczciwie robionym PRem, a propagandą. Czy jest szansa, byśmy się dowiedzieli, co poszczególni pisarze odpowiedzieli na zadane im w pośpiechu pytania? Sprawdźmy, czy rzeczywiście byliśmy tak zgodni co do tego, jak jest świetnie. Nie powinno być problemu z publikacją nagrań, w końcu każdy z nas podpisał Wam zgodę, prawda?


    Piłeczka po Państwa stronie.

    Jakub Ćwiek

  • „Biblia papy Kurta”, październikowy felieton Jakuba Ćwieka

    Ostatnio na okładce jednej z antologii zawierających opowiadania kryminalne trafiłem na cytat jednego z moich ulubionych autorów – Elmore’a Leonarda. Zdanie dotyczyło opowiadań, które rzekomo, według autora, są powieściami, z których wycięto wszystkie kawałki zwykle pomijane przez czytelnika.

    Przyznam szczerze – nie wiem, czy to kreatywność tłumacza, czy też Leonard dokonał na potrzeby blurba recyklingu własnych pisarskich mądrości, ale ja jego słowa pamiętam inaczej. W opublikowanej kiedyś poradzie pisarskiej autor sugerował wszystkim młodym adeptom zawodu (tłumaczenie moje):

    To najważniejsza porada dla wszystkich, którzy chcą być pisarzami: kiedy piszecie, starajcie się odpuszczać sobie wszystkie te kawałki, które czytelnicy zawsze pomijają.

    Przyznaję, że długo – być może za długo, zważywszy na ciężar problemu – zastanawiałem się co – o ile rzeczywiście autorem obu cytatów faktycznie jest Leonard – twórca mógł mieć na myśli. Czyżby chodziło mu o to, że jedyną wartościową literaturą są opowiadania?

    I wtedy przypomniałem sobie o Vonnegucie.

    Poczciwy papa Kurt – tak zwykłem o nim myśleć, odkąd przeczytałem to określenie w jednej z książek Kinga i wyjątkowo mi podpasowało – to dla mnie autor ze wszech miar wyjątkowy. Przede wszystkim to on nauczył mnie, że o trudnych, wręcz potwornych sprawach można opowiadać w sposób lekki i zabawny. Że emocjom w czytelniku można pozwolić dojrzeć, dać mu chwilę, by zrozumiał, i że ta chwila może być dla odbiorcy słodka i przyjemna niczym pastylka zanim ją rozgryziesz. Czasem papa Kurt pozwala ci jej nie rozgryzać w ogóle, pozwala ci być naiwnym głupcem. Zwykle jednak nie.

     

    Nade wszystko jednak ogromnym zaskoczeniem dla mnie było to, że jego książki zawsze czytam dłużej niż inne. Nie dlatego, że ich nie rozumiem (a przynajmniej łudzę się, że większość treści, jakie autor chce mi przekazać, jednak do mnie dociera). Powodem jest poczucie, że domknięcie każdego akapitu jest u Vonneguta domknięciem etapu historii, przez co nie czujesz potrzeby, by się spieszyć, za to kipi w tobie chęć, by zrozumieć. To nie Dan Brown manipulujący mną za pomocą cliffhangerów, to nie jeden z tych pisarzy, którzy żywią przekonanie, że czytelnik jak ten wygłodniały głupiutki piesek zrobi wszystko dla najbardziej nawet naciąganego fabularnego twista. Nie, Vonnegut z końcem każdego podrozdziału kończy opowieść i podejmuje ją na nowo w kolejnym. A przy okazji pilnuje, by w jego historii nie było nie tyle wspomnianych przez Leonarda fragmentów, które czytelnik zwykle pomija, co właściwie dba o to, by nie było w niej zbędnych słów!

    Przyznam szczerze – gdy po raz pierwszy, znowu u Kinga, to on zaraził mnie Vonnegutem, przeczytałem o pisarskiej metodzie Vonneguta, stwierdziłem: ej, tak się nie pisze prozy! Chodziło o to, że papa Kurt ponoć nie przechodził do następnej strony, zanim nie był stuprocentowo pewien, że ta aktualnie pisana jest idealna. Nie było w nim parcia ku finałowi historii, nie było surfowania na fali pierwszej wersji. Nie, on przepisywał stronę na maszynie tak długo, aż uznał, że może ją położyć na stosiku tych już ukończonych. Wtedy dopiero brał się za następną.

    Dla mnie niewyobrażalne! Oto jest determinacja godna pochwały! Oto człowiek, którego dzieła winniśmy po wieki wieków hołubić w szkołach zamiast grafomańskich pierdoł zniechęcających nie tylko do czytania, ale i do choćby wybrania się nad pewną, skądinąd piękną, rzekę.

    Swoją drogą tak zarobiłem na polskim swoją pierwszą ideologiczną jedynkę. Wywołany do odpowiedzi na temat „Nad Niemnem” wyrecytowałem odpowiedzi na wszystkie pytania prócz jednego. Zapytany, dlaczego tego nie wiem, odparłem szczerze: bo nie było w pierwszym tomie, ani w późniejszym streszczeniu, a wybaczy pani, mam tu „Matkę Noc” Vonneguta i szkoda mi czasu na to pozbawione sensu pieprzenie o czyichś globusach.

    Impertynenckie, wiem. Godne potępienia za formę jaką przyjęło. Ale nie za treść, nie za przekaz, bo pod nim do dziś podpisuję się całym sercem. To dzięki Vonnegutowi wiem, że wolałbym żyć w społeczeństwie, które zamiast uczyć się patriotyzmu z Orzeszkowej, podejmie próbę nauczenia się bycia człowiekiem z „Rzeźni numer pięć”.

    ***

    Pretekstem do napisania tych słów jest, nie będę tego krył, zbiór opowiadań „Opowiadania wszystkie” wypuszczony właśnie przez Albatrosa. W wydawnictwie wiedzieli, że uwielbiam Kurta po tym, jak chwaliłem wydane przez nich listy Vonneguta i jego biografię. Teraz zapytany o to, czy nie napisałbym czegoś o zbiorze, powiedziałem: oczywiście, dajcie mi tylko książkę. Ale przyznać muszę, że choć sporo opowiadań znałem wcześniej, choć pdfa z całością nowego wydania mam już od dłuższej chwili, a papierową książkę od czterech dni, wciąż jeszcze nie przeczytałem całości. Smakuję te teksty, nurzam się w ironii, rozmyślam nad rzuconymi mi zadaniami, a czasem, jak kilka razy podczas lektury tekstów z pierwszej części zatytułowanej „Wojna”, odłożywszy tekst, siedzę i gapię się w ścianę. To nie są łatwe historyjki. Nieodmiennie to jednak znakomicie napisane, w pełni przemyślane teksty, a to dziś nie tylko komplement. To literacki ewenement.

    Czytam tę wielką księgę na wyrywki, trochę jak katolicy zwykli serwować innym katolikom Biblię. I wiem, trochę to kontrowersyjne porównanie, ale podobieństw jest wiele. Wielkość księgi i ilość zawartych w niej historii, drobny druk, tak by jak najwięcej pomieścić na każdej stronie, ogólne przesłanie, pozytywne, które jednak pewnie niejeden idiota wypaczy w przyszłości. Różnica jest jedna. Czytanie Vonneguta na wyrywki ma sens. Bo on, w przeciwieństwie do biblijnych skrybów, wie, jak omijać kawałki, których nikt nie przeczyta. I dać nam ostatecznie to, czego może nie chcemy, ale co powinniśmy dostać.

    ***

    Pisałem ten felieton na raty, w międzyczasie, szukając sobie różnych rzeczy w sieci. I tchnęło mnie, by poszukać w wywiadach z Elmorem Leonardem wzmianek o jego ulubionych pisarzach. Możecie zgadywać, czy na wymienianej liście znalazł się Vonnegut. A jeśli tak, to czy wysoko.

    Z tą myślą Was zostawiam.

    Jakub Ćwiek

  • „Polecanki cacanki”, sierpniowy felieton Jakuba Ćwieka

    Najwyższa kwota, jaką zaproponowano mi do tej pory za notkę-polecajkę na książkę, wynosiła dwa tysiące złotych netto. Żeby Wam jakoś to umieścić na linii i dać podstawę do wyobrażenia sobie sytuacji w tym miejscu napiszę, że nawet gdyby to była moja średnia, a nie sytuacja na wskroś wyjątkowa – standard propozycji to około tysiąca złotych – taka stawka nie stawiałaby mnie bardzo wysoko w rankingu nawet samych tylko polskich pisarzy, nie mówiąc już o aktorach, filmowcach czy wszelkiego rodzaju celebrytach. I to samo w sobie jeszcze nie jest ani dziwne, ani zaskakujące. Chodzi wszak, przynajmniej w założeniu, o poziom sławy, rozpoznawalności, wpływu na potencjalnych odbiorców oraz dającej się spieniężyć wiarygodności. Są tacy, co mają ją większą, inni mniejszą, wyceniamy, płacimy. Nie chodzi nawet o te dwa zdania o książce, chodzi o kupione na tę okoliczność nazwisko. Ono ma swoją wartość i cenę.

    Od razu zaznaczam, żeby nikt nie odniósł złego wrażenia, nie zamierzam potępiać zjawiska ani płacenia za polecajki przez wydawcę, ani przyjmowania pieniędzy przez pisarzy. W stanie czystym rozumiem ten układ i uważam, że jest fair. Tyle tylko, że układ nie jest czysty, cholernie daleko mu do takiego, a cierpią na tym rynek i, co za tym idzie, czytelnicy.

    Zacznijmy może od tej najwyższej zaproponowanej mi stawki. Nie ukrywam, kusiła, zwłaszcza, że i książka, sądząc po opisie, wydawała się interesująca. Znowu jednak, byście mieli świadomość intratności propozycji – dwa tysiące to, mocno generalizując, tyle, ile zwykło się oferować pisarzowi z jako takim doświadczeniem za opowiadanie do dwudziestu paru stron. Jasne, że są tacy, co dostają dużo więcej, ale dla wygody porównania trzymajmy się cały czas mnie.

    www.unsplash.com/Jamie Taylor

    Opcja fajna, tak się jednak złożyło, że termin był krótki, a ja obłożony zakontraktowaną robotą.

    – Niestety nie ma szans, nie zdążę tego przeczytać – powiedziałem.

    – Nie ma problemu – usłyszałem w odpowiedzi. I gdyby tu nasza rozmowa się zakończyła, nie byłoby jej w tym felietonie. Zaraz jednak padło – To ja ci może streszczę, co?

    Nie pamiętam, co dokładnie odpowiedziałem, oprócz tego, że odmówiłem, ale z całą pewnością nie zareagowałem wystarczająco stanowczo. Uważam bowiem, że powinienem dać dobitnie do zrozumienia, że taka sytuacja mnie zwyczajnie obraża. A potem, gdy rozmawiałem o tym z kilkorgiem koleżanek i kolegów po fachu, dowiedziałem się, że to praktyka w zasadzie nagminna. I że czasem są to takie kwoty, że odmawiając, czujesz jakbyś się frajerzył. Bo skoro tak wielu to robi…

    Zaproponuję Wam kilka zabaw, choć uprzedzam, że niektóre wymagają trochę czasu i zachodu.

    Pierwsza jest stosunkowo łatwa. Weźcie ze swoich półek kilka książek, najlepiej z tego samego gatunku – ważne, żebyście znali ich treść – i przyjrzyjcie się polecajkom. Jeżeli jest w którejś nazwisko autora albo tytuł, zastąpcie je w głowie X i Y. A teraz sprawdźcie ile z nich moglibyście bez zmieniania choćby słowa przenieść z książki na książkę i nadal by tak samo pasowało?

    Zabawa numer dwa to już troszkę więcej szukania, ale zapewniam, jest kilka takich pozycji. Bierzemy książkę polskiego autora z polecajką autora zachodniego. Sprawdzamy, czy książka autora polskiego ma angielskie wydanie (lub chociaż zapowiedziane tłumaczenie na angielski), albo czy autor lub autorka dający lub dająca polecajkę zna nasz język. Jeśli nie – pytanie, skąd wie, że książka jest dobra?

    Zabawa numer trzy to moja ulubiona. Znajdźcie wśród polecajek taką, która należy do autora udzielającego się na przykład w social mediach albo na spotkaniach autorskich. Pamiętajcie, że książka, którą właśnie przeczytał, zrobiła na nim wrażenie na tyle, że ją Wam poleca. No to sprawdźmy, czy skoro tak, to czy zdarza mu się polecać lektury u siebie. Zdarza się? No to czy polecił tę właśnie, której użyczył nazwiska?
    Może być, że nie, ale to przecież jeszcze niczego nie przesądza, prawda? Zakładam, że każdy pisarz czyta i ogląda wiele, nie publikuje wzmianek o każdym dziele, z którym się zapoznał, prawda? Ale od czego są wtedy spotkania autorskie? Od czego są okazje do zadawania pytań podczas festiwali etc. Polecajka, pamiętajcie, to opinia wyrażona przez autora. Jego słowa, za które zapłacono, więc w zasadzie dzieło, nie? Więc śmiało, możecie pytać, co takiego konkretnego urzekło autora w książce, że zdecydował się napisać takie a nie inne słowa. Co go przeraziło, że to przerażenie tak wyraźnie podkreślił. Co rozumie przez brak trupa, jeśli trup jest? To metafora? Inna interpretacja książki?

    www.unsplash.com/Aris Sfakianakis

    Zapewniam Was, że jeśli polecali uczciwie, to nie powstrzymają się przed mówieniem o tym. Taki Stephen King – facet, który poleca tony książek i często takich sobie. Jemu się te pozycje naprawdę podobają! On o nich mówi, on się nimi ekscytuje! Jack Ketchum opowiadał kiedyś, jak to King po przeczytaniu jego „Dziewczyny z sąsiedztwa” zdobył numer do autora i zadzwonił, by pogratulować! Albo zobaczcie sobie, jak King rozmawia z innym autorem, któremu dał swego czasu polecajkę – Lee Childem. Jest na Youtubie, znajdziecie bez trudu. Jeszcze jakaś wątpliwość, czy King czytał i czy mu się podobało? Można mu czasem – fakt, ostatnio częściej – zarzucić słabość gustu, ale nie to, że okłamuje swoich odbiorców. Bo on jako czytelnik jest fanem książek. Jak każdy z nas.

    Wśród ludzi, których sobie cenię, zwykło się praktykować taki zwyczaj, że polecenie czegoś komuś to przyczynek do późniejszej rozmowy na ten temat. Kiedy mówię znajomym: Hej, weź to przeczytaj! To w domyśle jest: Zrobiło to na mnie wrażenie, chciałbym móc o tym z kimś pogadać. Albo chociaż: Chciałbym, żeby ten ktoś dobrze się bawił, a ja później także będę, gdy sobie z nim o tym wszystkim podyskutuję. Odświeżę ulubione sceny, momenty…

    Stąd – fakt, patrząc po sobie – uważam, że żaden autor nie powinien się obrazić, gdy skierujecie czasem rozmowę na rzeczy, które polecał, by zapytać o opinię szerszą niż zdanie na okładce.

    Dobrze, zabawa zabawą, ale przejdźmy w tym wywodzie dalej. Powszechnie przyjętym zwyczajem, wręcz pewnego rodzaju regułą, jest niewypowiadanie się źle o kolegach po fachu i ich pracy. Gdy jeden autor zwraca uwagę drugiemu na przykład na merytoryczne błędy albo recenzuje jego książkę bez niemal autoncenzorskiej powściągliwości, robi się zamieszanie. Jeśli zaangażowane są w to wystarczające nazwiska, trafi się spór na linii Dehnel-Twardoch, a wtedy słowa „zazdrość”, „zawiść” będą latać nisko jak kurwy podczas meczu reprezentacji. I nikt nawet nie spojrzy na argumentację, clickbaitowe nagłówki po prostu krzykną „e, literaty się bijo!”.

    Tak już jest – jeżeli wypowiadasz się negatywnie na temat twórczości innego autora, muszą tobą kierować albo niskie pobudki albo chęć takiego czy innego zysku. Musisz mieć w tym swój interes. Zastanawiające, że jednocześnie sytuacja, w której ten interes jest podany na tacy, gdzie widzimy na czym polega i mamy świadomość, jak często w polecajce chodzi albo o pieniądze, albo o qui pro quo, nie wywołuje choćby uniesienia brwi. Temu się już nie przyglądamy.

    Oto więc, jak prezentuje się sytuacja i jakże częsty sposób myślenia. Po pierwsze, jeśli powiemy coś krytycznie, i tak nic to nie da, a nam może się oberwać bardziej niż krytykowanemu autorowi czy dziełu. Po drugie, jeśli nie weźmiemy tej kasy, weźmie ją ktoś inny „z naszej półki”. Świat się nie zmieni, tylko my będziemy krótsi o parę stówek. A to tylko dwa zdania, nie? No i wreszcie: jaka to odpowiedzialność? Żadna! Wszystko można wytłumaczyć różnicą gustów przecież. To, że do tej pory krytykowałem wszystko spod czyjejś ręki, a teraz nagle, mimo iż pozycja zawiera wszystkie irytujące mnie dotąd wady, nagle jest to rasowa rzecz godna mojego polecenia? No jest! O gustach się nie dyskutuje!!!

    www.unsplash.com/Jessica Ruscello

    Tyle, że jeśli się o czymś nie dyskutuje, to przyjmujemy coś jako pewnik. Tak jest i już. To aksjomat. Dogmat. I nawet jeśli ty, Szary Czytelniku, skrytykujesz, bo uznasz za badziew, ludzie odniosą się bardziej do opinii z okładki niż Twojej. Tamto nazwisko kojarzą. I to dlatego oni dostaną za dwa, niekoniecznie zgodne z prawdą, zdania (często podyktowane przez marketingowca – tak, znam i takie przypadki, wcale nie jednostkowe) od kilkuset złotych do kilku tysięcy. Tobie, jeśli dotąd dostawałeś książkę od wydawcy, może natomiast wyschnąć źródełko.

    Czy jest dla tej sytuacji jakieś systemowe rozwiązanie? Myślę, że tak, ale wymagałoby mocnego oddolnego nacisku czytelników na wydawców i autorów oraz, oczywiście, czasu. Pierwsza rzecz, odblokujmy wreszcie dyskusję. Piętnujmy ludzi, których jedynym komentarzem na długi wywód jest „pfff, pewnie z zazdrości”. Dyskutujmy o książkach i sprawmy, by autor dający polecajkę był gotowy na to, że będziemy z nim o tych książkach rozmawiać. Nie wrednie, nie odpytując z treści, jak kiedyś w szkole. Ale na tyle konkretnie, że przyjdzie mu tej swojej dwuzdaniówki bronić, albo ją rozwinąć i uzasadnić. Jeśli to polecajka sprzed lat, dajmy się autorowi z twarzą wycofać, jeśli zmienił zdanie. Jeśli zrobił to dla pieniędzy, dajmy mu to powiedzieć i traktujmy jak Lewandowskiego oferującego nam Colę albo, by być w branży, Szczepana Twardocha mówiącego o banku Raiffeisen. Serio, ta reklama, rządząca się przecież jakby trochę innymi prawami, jest sto razy uczciwsza niż niejedna walnięta na odpieprz polecajka!

    Czytelniku, jeżeli zależy Ci na rynku książki, na jakości, zmuś nas, autorów, krytyków, dziennikarzy do wzięcia odpowiedzialności za każdą „petardę!”. Są na to sposoby, które masz powyżej, a z pewnością znajdziesz też mnóstwo własnych. Nie pozwól bezkarnie wciskać Ci gówna, którego sami nawet nie tknęliśmy, bo ktoś nam zapłacił za dwa zdania.

    Do kolegów i koleżanek po piórze nie apeluję, bo tu każdy zna zasady gry i albo jest fair, albo nie. Ale Ty, Czytelniku, naprawdę dużo możesz.

    fot: www.unsplash.com/Patrick Tomasso

    OSOBISTY PS (Nieobligatoryjny)

    Ten zapis nie był zaplanowany, ale ponieważ niemal natychmiast po tym jak Adam zapowiedział na fanpage’u smaku ten felieton i jego temat, Rafał Bielski z magazynu „Pocisk” wyraził troskę, czy aby, pisząc o tak trudnej kwestii, nie ustawię się przezornie z boku, by nie pokazać swoich własnych przewin i uchybień. Oczywiście jest to obawa racjonalna, więc aby ją rozwiać tak u Rafała, jak i u każdego czytelnika, który ją podziela, krótko o moim polecaniu.

    Przez trzynaście lat napisałem kilkanaście polecajek. Tak, nie pamiętam dokładnej liczby, a nie chciałbym się pomylić, ale każdą książkę przeczytałem, większość zaopiniowałem autorowi i wydawcy, a tylko trzy spośród moich polecajek zostały napisane od początku jako dwa zdania na okładkę – reszta to wyimki z szerszych recenzji. W tym czasie odmówiłem kilkudziesięciu prośbom o polecenia, ponieważ książki mi się nie podobały.

    W całej mojej karierze cztery razy przyjąłem pieniądze za polecajkę. W pierwszym przypadku o tym, że dostanę za to cokolwiek prócz egzemplarza, dowiedziałem się po fakcie, bo nie chciałem wynagrodzenia. Uważałem, i do dziś uważam, książkę Ani Brzezińskiej i Grega Wiśniewskiego „Na ziemi niczyjej” za pozycję ze wszech miar wartą polecenia. Przy dwóch kolejnych przypadkach zastrzegłem, że nie chcę nawet rozmawiać o kwotach dopóki nie przeczytam książki i nie stwierdzę, że jestem zainteresowany. Wreszcie przypadek czwarty wiązał się nie tyle z polecajką, co z napisaniem wstępów do każdego z opowiadań napisanych przez Anię Kańtoch i wydanych w zbiorze „Światy Dantego”. Napisanie łącznie kilkunastu stron wyceniliśmy wraz z wydawcą Ani po niskiej stawce, za sam poświęcony czas i była to kwota niższa niż najwyższa oferowana mi stawka, ale nieco wyższa niż przeciętna oferta. Książkę wciąż polecam, bo jest wyśmienita.

    Kilka razy albo sam zaoferowałem się z napisaniem polecajki, albo bez wahania zgadzałem się to zrobić, gdy tylko usłyszałem propozycję. Tak było chociażby z debiutanckim, pisanym pod pseudonimem kryminałem Michaela Crichtona czy fantastyczną powieścią Jacka Ketchuma. Polecanie tych tytułów było dla mnie zaszczytem i miałem wrażenie, że to ktoś mnie robi przysługę, nie odwrotnie.

    Znam osobiście wielu autorów, których książki poleciłem. Zwykle o polecajkę byłem proszony już po tym, jak wypowiedziałem się na temat książki i była to ocena pozytywna. Moi znajomi znają mnie na tyle, że nie proszą o polecenie, zanim nie zapoznam się z tekstem. Zdarza mi się, gdy jakiś wydawca prosi o przeczytanie i polecenie książki nieznanego mi autora, wyznaczyć stawkę za przeczytanie jako rodzaj bezzwrotnej zaliczki. W ten sposób wyceniam swój czas i jest to zwykle około 20-30% kwoty umówionej za ewentualną polecajkę. Najczęściej są to jedyne pieniądze jakie biorę, bo albo książka mi się nie podoba, albo podoba na tyle, że jestem skłonny polecić ją bez obciążania budżetu wydawcy.

    Nie, to, że ktoś jest moim dobrym znajomym czy nawet przyjacielem, nie skutkuje tym, że może liczyć na moją polecajkę. Zwykle może natomiast liczyć na to, że jego tekst przeczytam i zaopiniuję.

    Nigdy od nikogo nie oczekiwałem wzajemności za napisanie pochlebnej opinii o tekście. Nie mam problemu z cytowaniem moich recenzji czy opinii na temat książki jako formy reklamy, tak długo, jak nie jest to wyrwanie zdań z kontekstu wypaczające sens wypowiedzi.

    Tak, ja również chętnie się poddam weryfikacji swoich polecajek w postaci zabaw, które zaproponowałem. Czy innych, jeśli masz na nie pomysł.

    Czy taką odpowiedź, uznajesz, Rafale, za satysfakcjonującą?

  • „Gdybyśmy tylko umieli czytać”, czerwcowy felieton Jakuba Ćwieka

    Miałem ostatnio taką oto sytuację. Zaproponowałem grupie moich czytelników, w podziękowaniu za zakupienie książki w przedsprzedaży, specjalny bonus, który długo był dla nich niespodzianką, a w końcu okazał się linkiem do nagrania mojego roastu, który w Boże Ciało odbył się w warszawskiej klubokawiarni Worek Kości. Ujawniając tę informację, napisałem, w jaki sposób ów bonus można uzyskać, potem kilka razy przypominałem o tym w kolejnych, dłuższych i krótszych wpisach, wreszcie – napisałem podsumowanie roastu, w którym wskazałem wyraźnie: informacje, jak można otrzymać nagranie, znajdują się na końcu wpisu.

    I teraz propozycja zabawy. Czy jesteście w stanie przewidzieć, o co zapytano mnie w komentarzach do tego konkretnego wpisu? Tak, z pewnością zgadliście. O to, jak uzyskać obiecany bonus.

    Pomyślałem wtedy tak: to nie są przecież przypadkowi ludzie. To odbiorcy, którzy czytają moje książki, którzy dokonali zakupu przedpremierowo, co świadczy, zakładam, zarówno o sympatii do mnie jak i do tego, co piszę. Tekst, który napisałem, był taki jak je zwykle piszę, a informacja o tym, co jest na jego końcu, wpadła dosyć wcześnie. Co więc się stało?

    Trochę zaniepokojony ruszyłem na t wędrówkę po sieci. Sprawdziłem profile znanych mi pisarzy, koleżanek i kolegów po piórze. Podobne sytuacje raz za razem. Sprawdziłem fanpage serwisów zajmujących się książkami, część fanpage’ów blogowych – te akurat sprawdzam regularnie, by sprawdzić czy mój felieton „Blogobojni” przyniósł jakikolwiek inny skutek prócz obrażenia się na mnie szeregu blogerek i kilku wydawnictw – i tam również to samo. Jezus Maria, ludzie związani z książkami, pasjonaci tychże, nie umieją czytać!

    Oczywiście to wniosek mocno na wyrost. Na pewno większość z nas umie składać literki, słowa, a nawet zdania. Jestem też przekonany, że ogrom tego grona, czytając w sprzyjających czytaniu okolicznościach, świetnie sobie radzi z obcowaniem z książką, skupia się należycie, wyciąga wnioski. Problem jednak w tym, że takich okoliczności jest coraz mniej, więc większość tego, co czytamy, odbieramy tak, jak wpisy na Facebooku. Niedokładnie, na chybcika, po łebkach, przeskakując co gęstsze akapity, zbudowane ze zdań złożonych, jak choćby ten właśnie, w którym umieszczam mały, w założeniu raczej humorystyczny eksperyment. Oby nieudany. Zachęcam państwa do zabawy i umieszczenia przed swoim komentarzem, odnoszącym się do tego tekstu trzech liter, które wrzuciłem tu losowo, osobno i nie pasujących do reszty. Trudność polega na tym, że jedna z rzeczonych liter już była. Wyłapaliście?

    www.unslash.com/Becca Tapert

    Uważne czytanie i składanie literek to jednak jedno. Natłok treści i bodźców wokół sprawia, że nawet przyswajając je wszystkie, nie dajemy sobie czasu na ich utrwalenie i analizę. Treści z nami nie zostają, wypadają zupełnie z głowy zanim doczytamy akapit. Zostaje z nami tylko to, na co jesteśmy wyczuleni. Stąd tyle dyskusji pod byle pretekstem dryfuje w stronę utartych schematów, stereotypów, zabetonowanych przekonań. Przykładem niech będzie wciąż tu i tam głośno omawiany mój list do Mroza, w którym kluczową kwestią, jak się okazało, było tempo pisania Remigiusza, a nie to, co stanowiło jego właściwe sedno – kwestia i odpowiedzialności pisarza za angażowanie w swoją twórczość spraw ważnych społecznie.

    Nieuważne czytanie połączone z brakiem czasu na własną analizę tekstu sprawia, że jako czytelnicy coraz częściej idziemy na skróty. Dołączmy do tego niedobory odważnych i uważnych krytyków – czyli tym samym oddanie całej funkcji krytyka w ręce amatorów – i dostajemy odbiorców, którzy książki lubią, czytają, ale nie wiedzą, jak je właściwie obsłużyć, więc sprowadzają do ograniczonej funkcji podstawowej. Co przypomina trochę starszą osobę uczącą się obsługi smartfona – ja będę z niego tylko dzwonił i pisał smsy i nie potrzeba mi nic więcej. Ale i tak kupują nowe modele co roku czy co dwa lata, bo jest okazja.

    Tempo życia, zgiełk i natłok informacji – to oczywiście są niezwykle ważne czynniki wpływające na to, w jaki sposób czytamy. Ale nadal pozostaje dla mnie kluczowym, że… nikt nas w zasadzie czytać nie uczy. Język polski w szkołach to nieustanne zmaganie się z czasem, gotowe interpretacje kilku książek, które może i coś nam powiedzą o życiu, świecie, epoce (niewłaściwe skreślić, właściwsze dopisać) ale nie zbudują czytelniczej pasji, nie otworzą na myślenie, a wbite na stałe w program i walczące o swoje z lekcjami gramatyki i ortografii, same wręcz sugerują, że to czy tamto lepiej przeskoczyć, by zdążyć ze wszystkim. Zabierając się za tę czy tamtą książkę z kanonu lektur, właściwie masz już zdradzone wszystkie kluczowe punkty fabuły, dowiadujesz się, o czym będziesz mówić. Nic dziwnego, że sięgamy po streszczenia, bo tam jest to, co z książki będzie nam potrzebne. I to, co mamy z niej zapamiętać.

    www.unsplash.com/Annie Spratt

    Uczymy się literatury tak, jak uczymy się  historii. Klasyczną trzyzetką. A potem na przykład pojawia się w Internecie setka bolesnych memów o łatwej Izabeli Łęckiej. Bolesnych nie dlatego, że nieśmiesznych, a raczej dlatego, że tyle przeciętny odbiorca zapamiętał ze skądinąd bardzo koślawej i wypaczonej gotowej interpretacji.

    Na żadnym etapie życia nie uczymy się przyswajania kultury dla przyjemności. Nikt nie wyrabia w nas właściwych nawyków, by z satysfakcją czerpać radość z tej wymagającej jednak formy rozrywki. Nie uczymy się, że najlepiej czytać rozdziałami, bo to naturalny, sugerowany przez autora fragment tekstu, którego przyswojenie na raz pozwoli nam utrzymać tempo, rytm i nie szarpać wątków. Nie uczymy się samych siebie i tego, że czytanie przed snem dla sporej części nas niekoniecznie jest dobrym nawykiem, bo zmęczony umysł gorzej przetwarza i przyswaja informacje. Nie uczymy się analizowania zachowań bohaterów po swojemu, nie uczymy się schematów gatunkowych, które ktoś później przełamał. Nic, co dostajemy w standardowym procesie edukacji, nie pozwala nam na skonstruowanie aparatu analitycznego dla większości lektur, po które sięgniemy. Że już nie mówię o czasie na wykształcenie wyobraźni, choćby takiej przestrzennej.

    A proces niestandardowy? Pisałem już o kampaniach społecznych, o grupach miłośników książek. Byłem na szeregu takich spotkań, brałem udział w wielu akcjach promujących czytelnictwo. I o ile widzę na poziomie kraju kilka fajnych inicjatyw, większość z tego, na co znajdują się obecnie fundusze, ma albo skostniałą formę dostosowaną do już dawno przekonanych i nawykłych do czytania po swojemu, albo wysypuje się na nieprzystającym do potrzeb wykonaniu bardzo pomysłowych inicjatyw. By nie pozostawić Was bez przykładu tego drugiego – pomysł na wrocławskie „Zakazane lektury” (panel dyskusyjny zakończony czytaniem fragmentu tekstu przez znanego aktora) to pomysł wyśmienity, boleśnie zdruzgotany formą.

    Przetrwanie skierowanych w zasadzie do nikogo, puszczonych na żywioł paneli, stanowiących bardziej towarzyskie przekomarzanie przy udziale publiki niźli rzeczywiście promocję czytelnictwa czy zachęcenie do lektury konkretnego autora, to wyzwanie. A szkoda, bo trudno o milsze dopełnienie wieczoru literackiego niż wsłuchanie się w głos Marcina Dorocińskiego czy Arkadiusza Jakubika interpretujących Kapuścińskiego czy Lema.

    www.unsplash.com/Anastasia Zhenina

    Pytanie też, czy zdajemy sobie sprawę z potrzeby edukacji w zakresie czytania. Kiedy raz przez jedną bibliotekę zostałem poproszony o poprowadzenie zajęć z twórczego pisania, zaproponowałem – co robię często – by z kilku godzin warsztatów, pierwszą poświęcić na pogadankę o czytaniu. O tym, jak to robić, jakie popełniamy błędy etc. Biblioteka, z której do mnie dzwoniono, nie była z dużej miejscowości, więc po dłuższej pauzie usłyszałem tylko: myśli pan, że jak małe miasteczko, to młodzież tutaj nie umie czytać?!

    I zanim powiedziałem, że uważam, iż akurat w tej kwestii wielkość aglomeracji to kwestia trzeciorzędna, pani się już rozłączyła, by nigdy później nie zadzwonić.

    Największym jednak problemem, z którego nie zdajemy sobie przy tym zagadnieniu sprawy, jest to, że lepiej nie będzie. Rynek zaobserwował tendencję i się dostosowuje. Bo do tego, by zamiast się dostosowywać, coś zmienić trzeba wizji, odwagi i cierpliwości. A o te cechy trudno, zwłaszcza na niestabilnym książkowym rynku. Zresztą, wiemy o tym wszyscy, biznes nie przychodzi do nas po to, by nas uczyć, a żeby dać nam, co chcemy. Tyle, że my nie wiemy, czego możemy chcieć. Nikt nas tego nie nauczył.

    I tak, literki były tylko dwie. Dziękuję za uwagę.

  • „Zazdroszczę pewnemu pisarzowi…” Majowy felieton Jakuba Ćwieka

    Przy okazji mojego niedawnego listu otwartego opublikowanego na tych łamach, a skierowanego do Remigiusza Mroza i poniekąd jego wydawcy, kilkakrotnie padł w moją stronę zarzut, że to wszystko z zazdrości. Nie mogłem znieść sukcesu młodszego kolegi, jego niebywałych nakładów, tłumów czytelników i pojawiania się w głównych mediach, więc podjąłem próbę „na zawistnika” i opublikowałem list. A ponieważ opinia ta, choć nie tak znowu liczna, zyskała poklask także u niektórych dziennikarzy związanych z literaturą – nie piszę krytyków, bo sobie tego nie życzą – pozwolę sobie sprostować. To nie tak, że uczucie zawodowego „ech, cholera, też bym tak chciał” jest mi zupełnie obce. Co to, to nie! Ale jest w tym kraju tylko jeden pisarz, któremu szczerze i mocno zazdroszczę jego ciężko zapracowanego sukcesu. To Andrzej Sapkowski.

    Pamiętam, jak na konwencie miłośników fantastyki Polcon 2007 odbywającym się tamtego roku w Warszawie – Polcon to konwent wędrujący – rozmawiałem z moim przyjacielem, wybitnym tłumaczem Piotrem W. Cholewą na temat nominacji książki „Lux Perpetua” Sapkowskiego do nagrody im. Janusza A. Zajdla. Przyznaję, nie jestem miłośnikiem tak zwanej trylogii husyckiej i dałem temu wyraz, a wtedy Piotr powiedział: Może i nie jest to najlepsza rzecz Andrzeja, fakt. Ale biorąc pod uwagę jego erudycję, warsztat, język, w swojej kategorii – w domyśle, gatunku – ściga się on w zasadzie tylko sam ze sobą.

    I trudno było nie przyznać wtedy Piotrowi racji. Od tamtej pory minęła przeszło dekada, zdarzyło nam się kilka dobrych czy nawet bardzo dobrych polskich powieści fantasy, ale AS to nadal As. I nawet wyjątkowo nieudana „Żmija” nie była w stanie strącić Sapkowskiego z piedestału. Co najwyżej fani zauważyli, że czasem trzeba czegoś więcej niż wspomnianych erudycji i warsztatu i nawet ten pisarz nie da sobie rady bez dobrej historii.

    To, czego Sapkowskiemu zazdroszczę najbardziej, to oczywiście stworzenia czegoś znacznie większego niż on sam. W jego przypadku jest to Wiedźmin, postać, która w tyle zostawia nazwisko autora, śmiało przekracza granice gatunków i mediów i prze tak długo, aż staje się ikoną. I owszem, ten czy ów, zachwycając się dziełem, wspomni twórcę tak, jak przy Bondzie wspomina się Iana Fleminga, przy Conanie Roberta Howarda a przy Batmanie – Boba Kane’a i ostatnio – oddając mu wreszcie sprawiedliwość – również Billa Fingera. Te wspomniane postaci jednak, niczym monstrum Frankensteina, żyją w naszej zbiorczej świadomości własnym życiem i dawno się uniezależniły. Teraz mogą już tylko rosnąć i się zmieniać, pozbawione wszelkich ludzkich ograniczeń.

    Zazdroszczę Sapkowskiemu zadowolenia z tego, co posiada. To bowiem, czego absolutnie nie zrozumieli sieciowi pyskacze, zarzucający autorowi sfrajerowanie się przy podpisaniu umowy na prawa autorskie, to to, że autor tych kokosów z medium innego niż książkowe specjalnie nie potrzebował, w swoim mniemaniu zarabiał i zarabia dość. Mógłby więcej, owszem, ale to wymagałoby od niego zmian w podejściu, w sposobie życia. Pożegnania się z wydawcą, z którym był od początku, zatrudnienia agentów, którzy wymagaliby pokazywania się częściej w kolorowej prasie i telewizji, zmian wizerunkowych czy porzucenia jednego czy drugiego sezonu wędkarskiego na rzecz ważnego wydarzenia kulturalnego. A dla Sapkowskiego ważne było to, że jego książki odniosły sukces na świecie i dostaje za nie godne wynagrodzenie. A pieniądze? Dużo większym problemem, czego wielu nie zrozumiało, było to, że tak a nie inaczej skonstruowany marketing gry sprawił, że książki, już w jakiś sposób obecne na rynku, z mniej znanych, ale pełnoprawnych pozycji, stały się popularniejszymi, ale tylko okołogrowymi gadżetami.

    Zresztą, wracając jeszcze do tego rzekomego sfrajerowania się, wystarczy spojrzeć szerzej, by spokojnie dostrzec, że Sapkowski finansowo wcale na tych swoich decyzjach licencyjnych źle nie wyszedł. Nie zaszkodził mu – a gdzieniegdzie wręcz pomógł, chociażby na rynkach azjatyckich – serial sygnowany nazwiskami Rywina, Brodzkiego i Szczerbica. Potem przyszedł czas na gry, akurat, gdy branża parła do przodu jak buldożer, a do kierowniczych stołków dotarli miłośnicy talentu Sapkowskiego. Zgrało się, twórcy podeszli do oryginału z szacunkiem i pomysłem i reszta jest historią. Dziś, podczas kolejnej wielkiej rewolucji serialowej, Wiedźmin wykluwa się spod skrzydeł jednego z największych i najważniejszych graczy. Trzeba było do tego wszystkiego czasu, ale Sapkowski czas miał i nie musiał się przecież nigdzie spieszyć. I tego czasu też mu zazdroszczę.

    A, no i jeszcze czytelników, z tym, że tu muszę zaznaczyć, tylko niektórych. Zazdroszczę tych, którzy wychowani na Wiedźminie snują dalej opowieści czy to swoje własne – poszukajcie ilu twórców fantastyki i nie tylko przyznaje się do fascynacji twórczością Sapkowskiego – czy związane z uniwersum. Twórcy gier komputerowych, planszówek, karcianek, LARPów na wielką skalę jak chociażby „The Witcher School”, RPGów, filmików fanowskich, piosenek – posłuchajcie tych ludzi, jak mówią o swojej pracy, o Białym Wilku, o znakach, potworach. Zobaczcie jak przy tym wszystkim świecą im się oczy.

    Oczywiście, rozwijając myśl z poprzedniego akapitu, nie da się zazdrościć tych bezmózgich oszołomów, którzy nie potrafią przeczytać książki ze zrozumieniem i potem atakują showrunnerkę nadchodzącego serialu za panujące w pokoju scenarzystów zróżnicowanie kulturowe i płciowe. To, że nad produkcją pracować będą ludzie związani z różnymi kulturami i środowiskami ma rzekomo, według nich, zabić kulturową, słowiańską jednolitość pierwowzoru, a także zrobić z niej kolejną opowieść o nietolerancji pełną odniesień do rasizmu, feminizmu i wszelkich innych izmów. Jakby ten cykl, pełnymi garściami czerpiący z większości europejskich mitologii, podań i baśni, kiedykolwiek był o czym innym!

    Nie, tych czytelników Andrzejowi Sapkowskiemu nie tylko nie zazdroszczę, a wręcz współczuję. I przyznaję, jestem ciekaw, jak dzisiejszy masowy czytelnik odbierze zapowiadanego, nowego „Wiedźmina”. Od premiery „Sezonu burz” pięć lat temu wiele się wszak na rynku zmieniło i dziś panuje przekonanie, że dziury logiczne w fabule nie mają znaczenia, byleby się łatwo i lekko czytało. A w tym względzie, mimo swoich pojedynczych wtop, Sapkowski jest jednak starą szkołą…

    I jeszcze jedno, nie wiem, czy moja zazdrość jest uczuciem dobrym czy złym, nie wiem, czy mi pomaga czy przeszkadza. Wiem natomiast, że w kontekście Sapkowskiego nieodmiennie motywuje mnie jedno. Miał trzydzieści osiem lat, gdy stworzył postać, która stała się ikoną. Ja i spore grono moich koleżanek i kolegów po piórze wciąż mamy czas…

  • „Na co komu Reacher?” Kwietniowy felieton Jakuba Ćwieka

    Dawno temu, na długo nim popularny zrobił się u nas Bear Grylls, kupiłem sobie podręcznik survivalu. Był świetny! Uwielbiałem przeglądać kolejne strony, i na podstawie opisanych tam instrukcji, a to skraplać wodę w kubeczku na dnie dziury, a to we właściwy sposób budować szałas. Chodziłem z tą książką wszędzie. Oczywiście szczelnie zapakowałem ją w folię, na wypadek, gdyby… spadł deszcz, zaczęła się powódź albo porwali mnie czescy partyzanci mieszkam przy granicy – i wywieźli nad morawskie jeziora. Miałem swój osobisty zestaw ze skalpelem, krzesiwem, igłą i nitką i ogólnie czułem się super. A gdy jeszcze jeden z moich kolegów, ten, który do tej pory skrupulatnie spisywał w notesie patenty z serialowego MacGyvera, poprosił, bym dał mu tę książkę skserować, wręcz kipiałem z dumy. I oczywiście nie dałem, bo dlaczego miałem się tą wyjątkowością dzielić?

    Dziś nie mam już ani tej książki, ani swojego osobistego zestawu. Do niedawna miałem w plecaku scyzoryk, ale go zgubiłem, i latarkę, w której wyczerpały się baterie. Jedyne, co regularnie kupuję z rzeczy przydatnych preppersowi, to srebrna taśma. Nie, nie pytajcie.

    Dlaczego o tym wszystkim piszę? Bo ostatnio zastanawiałem się dlaczego właściwie czytam książki Lee Childa o Jacku Reacherze.

    Dla tych, którzy nie wiedzą. Jack Reacher to blisko dwumetrowy, barczysty, amerykański włóczęga, niegdyś znakomity żandarm wojskowy, choć często dyscyplinowany za dochodzenie do sprawiedliwości drogami na skróty. Po zakończeniu służby Reacher pozbył się wszystkiego prócz składanej szczoteczki do zębów i skłonności do ładowania się w wyjątkowo niebezpieczne kłopoty i ruszył w niekończącą się podróż przez kolejne stany Ojczyzny, której oddał większość życia.

    Każda książka o jego przygodach jest w zasadzie podobna. Komuś gdzieś dzieje się krzywda, a Reacher znajdujący się w danym miejscu z mniej lub bardziej przypadkowego powodu, decyduje się pomóc, bo co ma w zasadzie do roboty? Do roboty nikt go nie gonił, bić się potrafił jak mało kto, a i z wiedzy nabytej tu i tam wypadałoby czasem skorzystać, by nie zardzewiała. Trochę, wiecie, jak w tym dowcipie o Czerwonym Kapturku, co to nie miał się czego bać, bo pieniędzy nie miał, las znał, a seks lubił.

    No właśnie, wiedza. Jednym z powodów dla których Jack Reacher jest w stanie tak dobrze odnaleźć się w każdej sytuacji, jest jego ogromna wiedza na właściwie każdy temat i niezwykła umiejętność zastosowania tej wiedzy – czasem bardzo nietypowo – w praktyce. W ubiegłym roku zresztą pojawiła się obok corocznej publikacji okołoreacherowej dodatkowa książeczka zawierająca tak zwane zasady Reachera. I tam, oprócz wyrwanych z kontekstu cytatów, dorzucono, w ramach ciekawostek, wiele zagrywek i trików, którymi niegdysiejszy żandarm popisuje się w kolejnych tomach. Na przykład, jak się skutecznie uzbroić się w przypadkowej łazience.

    Przeczytałem tę książeczkę i, tak jak czytając tom po tomie przygody Reachera, próbowałem zapamiętać jego patenty na to czy na tamto. Robiłem tak zresztą odkąd pamiętam, czerpiąc zachowania nie tylko z powieści Childa. Wchodząc do nowego lokalu odruchowo zastanawiałem się nad liczbą wyjść, zbliżającą się grupkę rosłych drabów oceniałem pod kątem tego, który w razie czego jest najsłabszy, który najsilniejszy i jak by to wykorzystać. Ale dopiero lektura Zasad Reachera skłoniła mnie do zadania sobie pytania: czy ja faktycznie się uczę jak zostać zabójczym włóczęgą? I jeśli tak, czy robi tak ktoś jeszcze?

    Wtedy przypomniało mi się jak w „Jak pisać. Pamiętnik rzemieślnika” King zwracał uwagę na to, jak wielu czytelników literatury popularnej usprawiedliwia czytanie bestsellerów możliwością pozyskania nowej wiedzy. Czytają Grishama, bo jest tam wiele ciekawostek prawnych, Cooka, bo medycyna, Childa, bo ten mało i wielkomiejski survival. Tak tłumaczą się przed znajomymi, tak być może wmawiają samym sobie.

    Zaciekawiony porozmawiałem ze swoimi znajomymi, miłośnikami między innymi Childa właśnie. I wiecie co? W nich też tkwi to przekonanie, że, czytając Reachera, nie tylko dobrze się bawią, ale i zdobywają przydatną wiedzę, którą będą mogli realnie wykorzystać.

    A tymczasem umówmy się – prawdopodobieństwo, że kiedykolwiek w naszym życiu zdarzy się sytuacja, gdy będziemy musieli wygrzebać fugę, wyrwać łazienkowego kafla i naostrzyć go jako broń jest bardzo małe. Jeszcze mniejsze, że w tak dramatycznej sytuacji przypomni nam się motyw z dawno czytanej książki. Wmawiamy to sobie po prostu, jak ja, gdy jako dzieciak upierałem się, że gdybym teraz wylądował sam w dżungli, to wydostałbym się stamtąd, nie cierpiąc od głodu, odwodnienia, chorób czy udaru ani jednego dnia. Może i są takie jednostki, ale na pewno się do nich nie zaliczam ani ja, ani większość spośród tych, którzy wyzerowali ten czy tamten nakład powieści Childa.

    Skoro więc to nie gromadzenie praktycznej wiedzy ulicznej jest prawdziwym powodem, wróćmy do pytania, dlaczego czytam powieści o Jacku Reacherze. Czyżby z powodu mamoniowej zasady o tym, że najbardziej wchodzą rzeczy już znane? To pewnie też. Nie bez znaczenia jest również fakt, że każda z tych książek jest napisana sprawnym, wykalkulowanym pod zajętych ludzi stylem (krótkie rozdziały, rzetelne wyjaśnienia zawiłości, szczegółowe i proste przedstawianie zastosowanych rozwiązań fabularnych).

    Przede wszystkim jednak postać Reachera napawa mnie otuchą. Fajnie jest wiedzieć, że oto gdzieś tam krąży wielki facet z doskonałym przeszkoleniem, który interesuje się życiem zwykłych ludzi i jest wrażliwy na niesprawiedliwość. Zwykle nie trzeba go nawet prosić o pomoc, bo bywa i tak, że – nauczony doświadczeniem – potencjalne kłopoty dostrzega szybciej niż osoba, która będzie na nie narażona. A gdy już dostrzeże, z miejsca bierze się do pracy.

    I tak, ja wiem, że to stary, zgrany motyw bezimiennego rewolwerowca, który finalnie odjeżdża samotnie ku zachodzącemu słońcu. Wiem, że postaci takich jak Reacher było wiele i jeszcze wiele będzie. Że ten konkretny bohater to taki trochę John Rambo, a trochę agent NCIS, skonstruowany tak, by grać na emocjach Amerykanów, mających taki a nie inny stosunek do armii, weteranów i patriotyzmu. Naprawdę, wiem to wszystko.

    Ale też wiem, że gdy czytam o śledztwie, które – jak w najnowszej książce Childa „Nocna runda” – zaczyna się od znalezionego w lombardzie sygnetu, myślę: chciałbym być czasem jak Reacher. Po prostu w odpowiednim momencie okazać zainteresowanie komuś, kto tego potrzebuje i użyć wszelkiej dostępnej mi wiedzy, by udzielić mu wsparcia. Obym tylko nie musiał używać do tego noża z kafelka.

  • „Ignorancja a trzecie prawo Clarke’a”, marcowy felieton Jakuba Ćwieka

    Swego czasu Arthur C. Clarke pisał, że każda wystarczająco zaawansowana technologia jest nieodróżnialna od magii. Niewątpliwie ma to swoją przyczynę w fakcie, że – to z kolei za autorem „Złotej Gałęzi” George’em Frazerem – magia może uchodzić za bękarcią siostrę nauki. Chodzi o to, że sposób działania dwóch powyższych jest w założeniu taki sam – na podstawie tak a nie inaczej zbudowanej wiedzy o świecie, za pomocą określonych czynności i przy użyciu konkretnych rekwizytów możemy na otaczający nas świat wpływać.

    Zasadnicza różnica opierająca się na tym, że niektóre z tych zjawisk można wyjaśnić i wytłumaczyć, a inne nie (bo są na przykład dziełem przypadku) ma znaczenie dla wąskiej grupy dociekliwych. Całej reszcie nie robi różnicy, czy pilot od telewizora działa dzięki prawom nauki czy magii. Choć, zapytani, oczywiście zaprezentują tę sprawę inaczej. Bo większość społeczeństwa, mimo iż nie ma pojęcia o zasadach, jakie rządzą ich światem, woli na co dzień uchodzić za osoby twardo stąpające po ziemi.

    – Ja nie czytam fantastyki – powiedziała mi ostatnio pani w jednej bibliotece, mierząc mnie takim wzrokiem jakbym sprzedawał dzieciom narkotyki pod szkołą.

    Uśmiechnąłem się i wskazałem na książkę, którą właśnie brała. „Jak zawsze” Zygmunta Miłoszewskiego.

    – W takim razie nie wiem po co ją pani wypożycza – odparłem.

    Nie odpowiedziała.

    A ja poczułem się jak w tym starym dowcipie o rabinie, co przychodzi do mięsnego i wskazując na kolejne szynki, prosi o dwadzieścia deko tej rybki, tamtej rybki…

    – Ależ panie, to jest szynka – odpowiada rzeźnik, na co rabin wzrusza ramionami.

    – A czy ja się pana pytam, jak się te rybki nazywają?

    Z tego co wiem, to „Jak zawsze” sprzedawane było jako komedia narodowo-romantyczna, co w zasadzie kłamstwem nie jest, choć w sumie trudno mi do końca orzec, czy wiem, co ten śmieszny zlepek słów znaczy. Tego, czego jestem pewien, to to, że słowo „fantastyka” na wszelki wypadek nigdzie nie pada. Słusznie, bo obstawiam, że zaszkodziłoby tej wyśmienitej powieści mocno. Bo etykieta jest jednak silniejsza niż nazwisko lubianego autora i trzeba pozycji znacznie mocniejszej niż ta Miłoszewskiego, by coś na tym polu zawalczyć otwarcie. Zresztą po co? Dlaczego ktokolwiek miałby?

    Zygmunt Miłoszewski, fot: smakksiazki.pl

    A może chodzi tu jednak o coś innego? O to, że na pewnym poziomie ignorancji zacierają się granice tego, co prawdopodobne i nieprawdopodobne? Wtedy tylko etykietki mówią nam, jak się do danej pozycji odnieść. No bo nie trzeba wysilać umysłu, nie trzeba niczego zakładać, by wiedzieć, że jak jest napisane „fantastyka”, to w powieści będzie coś fantastycznego czyli nie do końca odzwierciedlającego naszą obecną rzeczywistość. Dzięki temu odbiorca już na starcie wie, że w tej pościeli jest ziarnko grochu i może udawać, że go uwiera.

    Inaczej jest, gdy powieść takiej etykietki nie otrzyma. Wtedy nie możemy za bardzo na starcie zakładać, że coś jest oderwane od rzeczywistości i do oceny wiarygodności fabuły i jej spójności potrzeba nam zdobytej wcześniej wiedzy o świecie, dociekliwości i zdolności łączenia faktów w logiczną całość. Jeśli ich nie mamy, opieramy się wyłącznie na wyjaśnieniach autora.

    W tym miejscu chciałem się powołać na konkretne badania, ale ponieważ ich wyniki czytałem raz, dawno temu, a moje Google-Fu jest zbyt słabe i nie udało mi się do nich dogrzebać, przywołam je w formie bardziej zasłyszanej anegdoty, której wiarygodność każdy powinien sobie sam zweryfikować przed dalszym powtarzaniem. Otóż podobno na podstawie eksperymentu wykazano, iż dla wielu ludzi (tu padały procenty, o których odtworzenie się nie pokuszę) dużo ważniejsze niż treść i sensowność wyjaśnienia jest sam fakt, że ktoś cokolwiek wyjaśnia. W rzeczonym eksperymencie wyglądało to tak, że ten sam człowiek grzecznie i uprzejmie, ale wpychał się do stojących od kilku godzin kolejek. Za pierwszym razem mówiąc tylko „przepraszam” i „dziękuję”, za drugim – stosując bzdurne wyjaśnienia na zasadzie: przepraszam, ale muszę wejść do tej kolejki, bo muszę się w niej znaleźć, właśnie w tym miejscu. Słowem nic, co powinno kogokolwiek przekonywać, ale powiedziane takim tonem, który sprawiał, że ludzie ustępowali. Oczywiście nie wszyscy. Jest tutaj wiele czynników „brudzących” czystość tezy do udowodnienia, ale w późniejszych wynikach i relacjach nader często pojawiało się: nie słuchałem uważnie, ale on wydawał się przekonany o swojej racji.

    Przenosząc to na nasze literackie etykietkowanie, autor fantastyki byłby tu kolejkowiczem podejrzanym. Widząc go, ludzie zaczęliby się z jakiegoś powodu zastanawiać, co on tutaj robi, nabraliby wątpliwości już na sam widok. Czujni nie wpuściliby go do kolejki, odganiając zanim się odezwie. A jak zachowujemy się wobec autorów spoza tej etykietki?

    I tu z pomocą przychodzi casus dwóch powieści Remigiusza Mroza (szczere dzięki, Remek) oraz ich dość mocno odmiennego odbioru. Jedna z tych powieści to „Czarna Madonna”, druga to „Nieodnaleziona”. Pierwsza książka to również pierwsza próba (a przynajmniej pierwsza na tak dużą skalę) zmierzenia się Mroza z horrorem. Element grozy wybrany dość sprytnie, bo egzorcyzmy to ten motyw strasznej fantastyki, którego w katolickim kraju nie sposób po prostu zametkować. Z jednej strony jest więc czym straszyć, posługując się całą masą już ogranych środków, z drugiej, to nie tak, że człowiek ochrzczony i od dzieciaka programowany na widzenie diabła wszędzie może temat tak po prostu odłożyć na półkę z wampirami, zombie etc. Do tego jeszcze tytułowa „Czarna Madonna”, w swym najbardziej znanym wariancie obraz święty i cuda czyniący, a jednocześnie niepokojący. Słowem fantastyka, ale taka, której lepiej nie odrzucać w całości, bo jeszcze obrazi się Bóg, Jasnogórski Obraz, anioł stróż czy wierząca babcia.

    Nawet jednak to bezpieczne zagranie nie ustrzegło Remigiusza przed mieszanymi reakcjami czytelników etykietkujących. Nie to, że książka nie odniosła sukcesu, bo Mróz już dawno przekroczył pewien punkt krytyczny, który sprawia, że póki co poniżej pewnego pułapu nie spadnie. Ale temat i poruszone wątki sprawiły, że naprawdę masa czytelników na rozlicznych forach zaczęła dociekać, sprawdzać nieszczelności fabuły czy ogólnego wydźwięku treści. Bo skoro to fantastyka, to można bezpiecznie założyć, że jakieś nieścisłości w niej są. Etykietka budzi w odbiorcy nieomal paranoiczną czujność.

    Remigiusz Mróz, fot: smakksiazki.pl

    Z kolei wydana w ubiegłym roku, cobenowska w duchu „Nieodnaleziona” zebrała pozytywne recenzje nawet tam, gdzie trudno się było spodziewać, że je dostanie. Powód? Prócz wspomnianego już efektu kuli śniegowej Mroza (jakże to ślicznie grające z nazwiskiem określenie!) odpowiednio dobrany ważny temat w tle i… powszechna ignorancja, sprawiająca, że autor może zrobić z czytelnikiem, co chce. Bo tu już tak gęstych wątpliwości co do fabularnych detali nie było. Nikt nie przejmował się specjalnie analizą tego czy zastosowany przez autora opis przemocy domowej, ataków, ciosów jest choć w najmniejszym stopniu realny. Czy rzeczywiście istnieje choć cień szansy, by tak główna bohaterka zwyczajnie przetrwała tak opisane ataki szału, nie mówiąc już o utrzymaniu pozorów przed synem, otoczeniem czy kimkolwiek. Czytelnikowi w tym temacie wystarczy świadomość, że w wielu domach dzieją się rzeczy straszne, a autor czasem wtrąci, że pod sam koniec bohaterka wyglądała źle.
    A zbudowany na granicy jakiejkolwiek racjonalności złożony system zagadek serwowany bohaterowi? Czyż nie wystarczy chwila refleksji – kogokolwiek, bohaterki, autora, czytelnika – by podważyć zasadność stopnia komplikacji tychże? Czy poczucie nieustannego zagrożenia i konieczność zbudowania więzi z bohaterem faktycznie dla kogokolwiek usprawiedliwia, jak chce autor, takie ryzyko fiaska?

    Jeżeli porównywać powierzchowność i schematyczność researchu „Czarna Madonna” i „Nieodnaleziona” stoją na podobnym poziomie. I nie, nie chcę tu, broń Boże, Remkowi dowalać. Taką ma metodę, że spraw poruszanych nie bada dogłębnie, a jedynie tyle, ile mu potrzeba do zaplanowanej treści. Inny model przy tym tempie pracy zwyczajnie nie jest możliwy.

    Podobnie na poziomie konstruowania fabuły opartej na regularnych, mniej lub bardziej spójnych z treścią, twistach, obie te książki (a i większość innych remkowych) działają podobnie. Więcej nawet, zagrywka polegająca na „teraz ci wszystkiego nie powiem, dowiesz się w swoim czasie”, zastosowana zarówno w „CM” jak i w „N” ma dużo więcej sensu w nadnaturalnym horrorze, niż w pozbawionym fantastyki thrillerze. W obu przypadkach od tego czy bohater dowie się czegoś zawczasu zależy jak się zachowa dalej. O ile jednak w „Madonnie” tajemniczość mężczyzny na lotnisku protagonista może sobie wyjaśnić jego złożoną, enigmatyczną naturą, o tyle w przypadku własnej dziewczyny wiodącej go od miejsca do miejsca i udzielającej strzępków informacji powinna choć zaniepokoić. Skłonić do narastającej z każdym kolejnym etapem „zabawy” wątpliwości – dlaczego tak? Dlaczego potęgujemy ryzyko?

    W tej drugiej książce jedyne, co czytelnik dostaje w ramach wątpliwości to „przepraszam, że się wpycham, ale muszę być w tej kolejce, bo muszę w niej być”. Wyjaśnienie, które jest zdolne zaspokoić tylko odbiorcę, który na ciągu przyczynowo-skutkowym skupia się niespecjalnie, a i nad realistyczność całości stawia porozrzucane tu i tam elementy zaskoczenia. Inaczej mówiąc, Mróz wyjaśnia zamysł czytelnikowi i robi to z grubsza, wiedząc, że ten ostatni nie zapyta: ej, ale dlaczego bohater na to poszedł? Żadnych dodatkowych tłumaczeń, bo i nie ma żadnych dodatkowych pytań. Nikt nie chciał akurat tego wiedzieć.

    I żeby nie było wątpliwości, to nie jest trik wymyślony przez Remigiusza czy tylko przez niego stosowany. Właściwie nie jestem nawet pewien, czy to na pewno trik, bo równie dobrze może być to po prostu bardzo sprawne dostosowanie własnych sił przerobowych do ukształtowanych oczekiwań odbiorcy. Skoro czytelnikowi takie rozwiązania wystarczają, a Mrozowi ułatwiają pracę, po co miałby cokolwiek na tym polu zmieniać?

    Z drugiej strony wspomniany wcześniej Miłoszewski, budując swoją alternatywną rzeczywistość, kładzie największy nacisk właśnie na to, by wszelkie zachowania jego bohaterów były spójne i sensowne (choć nie zawsze racjonalne, co oczywiste) w ramach świata przedstawionego. Świadom tego, że kołek do zawieszenia niewiary nadwyręża już wyjściową ideą, stara się, by wszystko poza tym elementem grało. Pozbawiony wsparcia czytelnika przyjmującego wszystko na gębę i „bo przecież tak bywa w życiu, widziałem w wiadomościach”, musi się sporo nagimnastykować, by zachować wewnętrzną spójność. Szczęśliwie doceniło to wystarczająco wielu czytelników.

    Międzynarodowe Targi Książki w Krakowie, fot: materiały prasowe

    Teraz jednak pytanie: czy odbiorca przyjmujący wyjaśnienia najprostsze i nie zadający pytań o sensowność wydarzeń akceptuje taki stan rzeczy, bo to jest jego świadomy wybór i nie obchodzi go wiarygodność? Wtedy w porządku, ale po co o nią postulować, odrzucać dobre powieści tylko ze względu na gatunkową przynależność i zmuszać taki marketing WAB do kombinowania, jak za wszelką cenę uniknąć określenia „Jak zawsze” historią alternatywną? Czy chodzi tylko o to, że nie chcemy, by przylgnęła do nas etykietka fantasty-eskapisty?

    A może o to, że czytelnik jednak liczy na wiarygodność, podświadomie jej pragnie, tylko zwyczajnie na jego poziomie to, co jest realne i to, co nie jest, stało się zwyczajnie nieodróżnialne?

    I nie, proszę nie oczekiwać gotowej odpowiedzi, bo szczerze przyznaję, nie wiem. Wciąż się nad tym zastanawiam.

    PS. Ze względu na to, że sam zajmuję się fantastyką i mam świadomość, że uwagi o odrzuceniu tejże w jakiś sposób przez określony (szeroki) typ odbiorcy mogą być odebrane jako żalenie się, pragnę naprostować. Absolutnie nie czuję się traktowany źle, ani też nie uważam czytelników fantastyki za z założenia inteligentniejszych od odbiorców, dla przykładu, kryminału. Niniejszy tekst nie ma na celu wartościowania miłośników określonych gatunków ani autorów te gatunki tworzących.

  • „Pierwsza zasada klubu młodych pisarzy”, lutowy felieton Jakuba Ćwieka

    Podobno pierwszą wskazówką dla tych, którzy chcą pisać, powinno być: pisz dużo i regularnie, czytaj tak samo tylko dziesięć razy więcej. Uważam, że to słuszna porada i, odpowiadając na zadane – zwykle z partyzanta – pytanie o sugestie dla przyszłych pisarzy czy pisarek, długo odpowiadałem właśnie wariacją na temat tego zdania. Często też odwoływałem się do innego evergreena, którego co prawda chętnie używa Stephen King, ale już zeszłoroczny noblista Kazuo Ishiguro ma za ścieżkę złą i wiodącą na pisarskie manowce: pisz o tym, na czym się znasz.

    Z całego serca wierzę, że zarówno jedno, jak i drugie jest receptą na pisanie. Może nie od razu na odniesienie sukcesu – do tego nieodmiennie potrzebne jest szczęście – ale na dotarcie do momentu wymarzonej publikacji, a kto wie, może i w przyszłości na utrzymywanie się z tego zawodu. Nie da się jednak zaprzeczyć, że oba zdania, powtarzane tak często, dorobiły się już etykietki truizmu, wyświechtanego banału, który dodatkowo wymaga bardzo wielu szczegółowych wyjaśnień. No bo ile to jest dużo i co znaczy „regularnie”? Raz na tydzień po dziesięć stron? Codziennie po piętnaście? I jeśli czytać to co czytać? I jak pogodzić to, że zarówno czytanie, jak i pisanie, czerpie z tej samej przegródki naszego codziennego czasu poza pracą, rodziną, spaniem, jedzeniem i nowym odcinkiem „Rolnik szuka żony”?

    A to zdanie o pisaniu o tym, na czym się znamy. Co znaczy „znać się”? Trzeba mieć magistra, doktorat, pasję od małego, a może odwiedzić kilka for w necie i przeczytać od pierwszego do ostatniego wpisu?

    www.unsplash.com/Picsea

    Zastanawiałem się długo, jak na te pytania dodatkowe odpowiedzieć zbiorczo i jak przygotować sobie kilka słów jednocześnie prawdziwych i zwięzłych, stanowiących idealny wpis do wikicytatów i praktyczną poradę dla tych, którzy naprawdę chcą zacząć i nie wiedzą jak. I gdzieś w tym całym dumaniu nad problemem pojawiła mi się porada najpraktyczniejsza i jednocześnie najważniejsza ze wszystkich. Od tamtej pory na pytanie o porady dla młodych pisarzy odpowiadam właśnie tak:

    Porozmawiaj z najbliższymi. Nieważne, czy są to rodzice, żona i dzieci, dziewczyna, czy trzy koty, które co prawda patrzą i nic nie mówią, ale w ich oczach widać zrozumienie. Porozmawiaj z nimi, bo jeśli oni są dla ciebie ważni, a pisanie jest czymś, co chcesz robić, to oto pojawił się wam w domu poważny problem do rozwiązania.

    Pamiętam taką rozmowę, gdy urodziło mi się drugie dziecko. Oboje z żoną pracowaliśmy zawodowo, ona zmianowo, ja na pół etatu w Centrum Kultury. Na rynku był już pierwszy „Kłamca”, czytelnicy przyjęli go bardzo ciepło i już było wiadomo, że szykowana kontynuacja będzie książką wyczekiwaną. Jeszcze nie zarabiałem na nim majątku, ale już dość, by na przykład pospłacać długi i odłożyć na wakacje:

    – Co myślisz o tym, żebym to ja wziął urlop macierzyński, czy jak to się tam…

    – Tacierzyński.

    – No to tacierzyński. Jezu, jak to brzmi. No, ale co myślisz, żebym to ja poszedł na urlop i zajął się dzieciakami, a przy okazji mógł trochę popracować nad nową książką?

    – Myślałam o tym, chyba nie chcę znowu robić przerwy w pracy.

    – No widzisz, a ja bym chętnie przestał myśleć o pierdołach z biura. I tak zarabiasz więcej, a ja mógłbym i zająć się dziećmi, i jednocześnie trochę więcej popisać.

    – No ale popisać? Myślisz, że dasz radę przy dzieciach?

    – Będę pisał, jak będą spały.

    – A jeśli nie będą? Jeśli młody będzie dokazywał cały czas?

    Wzruszyłem ramionami:

    – Zawsze jest ryzyko. Ale z młodą się udało, może młody też będzie cichy.

    www.unsplash.com/Caleb Woods

    I był. A decyzja podjęta wtedy sprawiła, że właściwie dzisiaj piszę te słowa. Bo faktycznie porządkowałem sobie dzień i obowiązki pod konkretne czynności, rozsądna rozmowa i konsekwentne podążanie tą ścieżką pozwoliły mi na zaplanowanie działań i rozłożenie sił, a nade wszystko na regularność. Pozbawiony trosk z biura, pisałem albo gdy dzieci spały, albo gdy, bawiąc się czy leżąc w łóżeczku, słuchały starannie dobranego soundtracku złożonego z rockowych przebojów. Trochę wydzielonego czasu dla książki, trochę więcej dla rodziny, trochę dla siebie. Działało, choć na przykład wywołało u mnie zabawny odruch, wedle którego nie jestem w stanie pisać ciągiem, bez wstania i rozprostowania się, dłużej niż godzinę – zwykle czterdzieści pięć minut. I nie wiąże się to wcale z bólem pleców czy zesztywnieniem, ale z faktem, że gdy pisałem „Kłamcę 2” i „Liżąc ostrze” robiłem to często nocami, mając na piersi, w chuście, syna. Ten spał grzecznie, ale co jakiś czas się przebudzał i musiałem wstać, pochodzić trochę, by go ukołysać do snu i dopiero wtedy wrócić. Czas ten wykorzystywałem na konsultowanie z młodym szeptem kolejnych scen, a gdy wracałem, wiedziałem już, jak powinny brzmieć kolejne zdania.

    Porozmawiaj z najbliższymi. Ja sam nie zawsze się do tego stosowałem i moje dość poplątane życie to też pasmo konsekwencji nieprzegadania takiej czy innej sprawy. Bo zdarzało mi się moje pisanie stawiać wyżej niż całą resztę spraw, zwłaszcza odkąd udało mi się odnieść jako taki sukces. Bo rzucałem na szalę za dużo, miałem żal, że nie wszyscy, nawet najbliżsi, widzą to tak samo. Tematy nieprzegadane, drzazgi ropiejące w milczeniu aż po amputację.

    Porozmawiaj z najbliższymi. I gadaj do skutku, nawet jeśli wydaje ci się, że to beznadziejne przypadki. Mam bliskich, którym mogę do znudzenia powtarzać, że to nie tak, że oderwę się na pięć minutek i co to szkodzi, przecież to ledwie chwilka. Bo potem powrót do kreowanego świata, do opowieści, może zająć godziny. Ale tego akurat doświadczył chyba każdy pracujący w domu, nie tylko pisarz – jak w domu, znaczy nie pracujesz, znaczy możesz skoczyć na pocztę, do sklepu, na warsztat… Ale po latach widzę, że nawet tam, gdzie było najtrudniej, kropla drąży skałę. Rozmowa działa swoje małe cuda.

    www.unsplash.com/Lukas Budimaier

    To wszystko wymaga solidnego przegadania. Ustalenia i obustronnych deklaracji, że na przykład: piszę dwie godziny dziennie, a pozostały czas mam na inne sprawy. I tak, wyniosę tę choinkę, nie musisz mi co pół roku przypominać. Możemy założyć, że pisanie traktujemy jak pracę od ósmej do szesnastej, jak wcześniej napiszę limit to szef puszcza mnie z roboty przed czasem, ale poza przypadkami skrajnymi, nie siedzę po godzinach. Bo może i jestem artystą i może to faktycznie ja spisuję te historie, ale pisanie w wymiarze praktycznym to praca zespołowa. Mogę pisać, bo moja bliska osoba pójdzie za mnie na pocztę, zrobi zakupy, a czasem po prostu poczeka z opowiedzeniem tego, co u niej, aż skończę. Albo zmotywuje masażem.

    Mogę pisać, bo w pewnym momencie mówię sobie: stop, wystarczy. Z mojego życia mogę wycinać teraz tylko taki kawałek dziennie. Na tyle się umówiliśmy i będę się tego trzymał.

    Mam koleżankę, autorkę niespecjalnie znaną, ale już po drugiej książce, która spotykała się kiedyś ze mną, by pisać w kawiarni. Siedzieliśmy komputer w komputer, popijaliśmy kawę i nie rozmawialiśmy ze sobą, co najwyżej w krótkich przerwach testowaliśmy fragmenty. To pisanie z nią trwało zwykle około dwóch godzin z jedną przerwą po środku podczas której jej mąż przywoził przyjaciółce maleństwo z którym spacerował do nakarmienia, a ja z szanownym małżonkiem wychodziliśmy przed lokal na papierosa.

    – Jak idzie? – pytał.

    – Chyba dobrze – odpowiedziałem, na co on się uśmiechnął.

    – Fajnie, bo idziemy dziś wieczorem do kina i dobrze, jakby nie robiła w głowie poprawek.

    A potem wracał do lokalu, brał dziecko, całował żonę i szedł na drugą rundę spaceru.

    Porozmawiaj z najbliższymi. Także z dziećmi. Ja na przykład często piszę przy swoich obecnie już nastolatkach. Siedzimy w jednym pokoju, one czytają, oglądają Netfliksa czy HBO – bo przecież nie telewizję, fuj! – albo grają w gry. Ja siedzę ze słuchawkami na uszach, tyłem do ekranu i jestem wyłączony jak podczas pisania w pociągu. Dzieciaki wiedzą, że tura pisania to u mnie do godziny, znają tę historię. Dlatego jeśli są jakieś kwestie do przegadania, trzymają je i przegadujemy, gdy zdejmę słuchawki. Wcześniej mnie dla nich nie ma. Taka umowa. Przegadana, przedyskutowana.

    Pisanie to praca zespołowa, zawsze to powtarzam. Częściej jednak, mając na myśli redaktora, korektora, wydawcę, autora okładki i tak dalej. Ale zespół to także żona, dziewczyna, dzieci, rodzice czy najbliżsi przyjaciele. W kwestii naszego pisania zależy od nich więcej, niż można na pierwszy rzut oka dostrzec.

    I dlatego warto o nich pamiętać nie tylko w ładnie brzmiących dedykacjach.